Czy biegacze śnią o elektronicznych butach?

Człowiek + but = biegacz?

Think for yourself

Question authority.

Tool

Biegacze, którzy w tej chwili niosą przesłanie naturalnego biegania są raczej postrzegani jako buntownicy. Ich bunt wynika z założenia, że autorytety wiążące sznórówki butów biegackich na naszych nogach mogą się mylić. I to mogą się mylić potężnie. Bunt wynika też z odczytywania sygnałów od ciała, od nóg – każdy but wymusza na biegaczu pewien sposób poruszania się, lądowania, itp. Gdy tylko biegacz osiąga poziom, w którym zapomina o zadyszce, zaczyna bardziej szczegółowo słuchać własnego ciała. To co biegacz słyszy często wygląda tak: „Ej ziom! Ograniczasz mnie, coś tu jest nie tak!”. Stąd bunt. Tylko czy buntownicy długo pozostaną buntownikami? Spójrzcie na przemysł obuwniczy, każda firma produkująca do tej pory żelazka stabilizujące ma w swojej ofercie co najmniej jeden but minimalistyczny. Są nawet firmy, które produkują tylko i wyłącznie buty do biegania naturalnego. Coraz więcej ludzi kupuje takie buty i zaczyna w nich biegać. Jak zmienić buntowników w autorytety? Trzeba ich posłuchać, przetrawić i zrozumieć. Czy but minimalistyczny sprawi, że niedzielny biegacz zacznie biegać poprawnie/naturalnie? Oczywiście, że nie. Buntownicy mówią nam o potrzebie zmiany techniki biegania. Dlaczego? W wielu książkach i artykułach można przeczytać, że bieganie to najprostszy sport świata. Że wystarczą buty, dresy i już można nazwać się biegaczem. Teksty te promują opinię, że  trenowanie biegania polega na ćwiczeniu mięśni, na dokładaniu do pieca kilometrów i prędkości. Do czego prowadzi takie podejście? Do kontuzji. Do czego prowadzi bieganie w butach minimalistycznych bez przygotowania? Do kontuzji. Czego brakuje w równaniu:

Człowiek + but = biegacz?

Brakuje techniki biegania. Bieganie to wcale nie jest łatwy sport, nauka techniki, a raczej odtworzenie jej sprzed czasu zasiedzenia przed biurkiem, jest trudna i czasochłonna. Oczywiście mimo wszystko można się tego nauczyć i biegać poprawnie. Jakie jest główne przesłanie minimalistycznych buntowników? „Nie biegamy poprawnie i stąd biorą się nasze kontuzje”. Co się stanie, gdy biegacze zaczną słuchać tych buntowników i stosować się do ich rad? Buntownicy zmienią się w autorytety. Autorytety się podważa. I znowu błędne koło. Ale czy aby na pewno? Otóż, nie sądzę. Wszyscy obecni buntownicy mówią: „słuchaj własnego ciała, przetwarzaj jego sygnały i zgodnie z nimi wprowadzaj poprawki do swojego biegania”. Ważne tu jest wyrażenie: „swojego biegania” – gdy na głównego trenera mianujesz własne ciało, to autorytety, buntownicy przestają mieć znaczenie. Buntownicy to tylko starterzy reakcji łańcuchowej, to że niedługo zamienią się w autorytety nic nie znaczy, bo wtedy (mam nadzieję) będziemy bardziej świadomymi biegaczami. Jak podsumować jednym zdaniem czym powinno być bieganie?

Running is meant to be enjoyed, not endured.

Chatherina KcKiernan, maratonka.

I pamiętajcie:

Myśl sam za siebie,

Kwestionuj autorytety.

Wracając do opisu moich przygotowań do Maratonu w Poznaniu. Nadal nie ma ich jako takich, a ja ostatnio bawię się bieganiem. Np. w zeszłą środę postanowiłem pobiegać w rytm metronomu. Że co?, że hę? Że skrzypek jestem? Wcale nie:P Mówi się, że biegacz powinien biegać długie dystanse ze stałym tempem (np. 6 minut na kilometr), dlaczego więc nie pobawić się także utrzymywaniem stałego rytmu (np. 170 kroków na minutę łącznie obiema nogami)? Powiem Wam, że próbowanie utrzymania stałego rytmu to niezła zabawa. I do tego trudna zabawa. Po paru minutach z przestawianiem prędkości na metronomie, którego używałem oczywiście na telefonie (bo przecież nie kupię metronomu tylko po to żeby z nim biegać) udało mi się ustalić, że w zeszły wtorek dobrze utrzymywało mi się rytm 172 kroki. Co w tym zabawnego pytacie? A spróbujcie utrzymać stały rytm podczas zmian prędkości. Naprawdę fajne wyzwanie i ciekawa odskocznia od zwykłego pokonywania kilometrów. Polecam spróbować, jeśli nie boicie się takich mhrocznych eksperymentów.

Po co napisałem ten przydługi wstęp o bieganiu naturalnym i buntownikach? Napisałem go po to, żebym mógł spokojnie zadać sobie pytanie:

Czy jestem buntownikiem?

Większość z Was zna odpowiedź: „Jestem! I to jeszcze jak”. Dałem temu upust w zeszły czwartek. Wyszedłem pobiegać bez butów! Szaleństwo. Biegałem w kółko przez 15 minut po trawie i piaskowym placu zabaw. Było SENSACYJNIE! Moje stopy były bardzo zadowolone, a i pralka miała o jedną parę skarpet mniej:P Postanowiłem nawet włączyć do swoich treningów raz na jakiś czas bieganie na zupełnie boso. Czy słusznie? Mnie się podoba, kwestionuję autorytety…

Bosonogi Ja

Wolsztyn’s Pie

Jeśli w „American’s Pie” chodziło o zaliczanie, to o co chodziło w Wolsztyńskiej Szarlotce? Również o zaliczanie:P Zaliczyliśmy kolejny wspólny bieg, zaliczyliśmy kolejny bieg w upale, zaliczyliśmy kolejną grochówę i piwko, zaliczyliśmy kolejną okazję do pokazania światu, że w bieganiu chodzi o uśmiech (mimo, że po biegu trochę zepsułem ten obraz). Dlaczego Wolsztyńską Dziesiątkę przemianowałem na Wolsztyńską Szarlotkę? O tym już za chwilę:)

Jak już pisałem w poprzednim poście w Wolsztynie pojawiłem się w piątek wieczorem. W sobotę rano, czyli w okolicach 10 (w końcu miałem okazję pospać dłużej niż 6h) wybrałem się nad pobliskie jezioro w celu krótkiej przebieżki i rozciągnięcia mięśni po czwartkowej jeździe autem. Nad jeziorem upał, niezawodny bidon jak zwykle sprawił się dobrze w takich warunkach. Po 3 km spięte mięśnie prawej łydki w końcu się rozluźniły i miałem bardzo dużą ochotę przebiegnięcia akwenu dookoła – na oko odległość oceniłem na 9 km. Jako że nie byłem pewny, czy Berzynę da się przejść suchą nogą dookoła (mimo, że w Wolszynie się urodziłem, to nie miałem okazji nigdy tego sprawdzić), zrezygnowałem z tego pomysłu i zawróciłem do domu. A że dom jest zaraz obok Świtezianki, czyli tam gdzie była meta i centrum dowodzenia biegu, to po przebiegnięciu powrotnej trójki rozciągnąłem się pożądnie i pomaszerowałem do samej Świtezianki pooglądać konkurs tańca drużynowego, który w sobotę się tam odbywał. Dzieciaki nieźle wywijały, a mnie naszła ochota na zapisanie się na kurs tańca hip-hop:P Może kiedyś spróbuję. Reszta soboty minęła mi na spotkaniach z rodzinką. Odwiedziliśmy także znajdujący się w Wolsztynie skansen starego budownictwa, gdzie odbyłem krótką przebieżkę na bosaka po trawie a kozioł Zdzisław zaaprobował mój udział w niedzielnym biegu.

Kozioł Zdzisław aprobuje Wolsztyńską Dziesiątkę

W niedzielę wstałem dość szybko i cały byłem pełny dziwnego uczucia, którego źródła nie mogłem przez jakiś czas rozszyfrować. Kręciłem się, łaziłem po domu nie wiedząc co ze sobą zrobić. Aż w końcu zorientowałem się o co chodzi – po prostu byłem bardzo podjarany zbliżającym się biegiem i nie mogłem się go doczekać. Niedzielne godziny pomiędzy obudzeniem się a startem ciągnęły się z prędkością żółwia z kawału o zwierzętach na imprezie z pustą butlą. Moje podniecenie dodatkowo podsycało ciągłe oglądanie z okna krzątaniny organizatorów i pojawiania się kolejnych biegaczy. Numer startowy odebrałem już po 9 i od wtedy byłem pewny, że czeka mnie biegowa przygoda. Chwilę po 13 wyszedłem z domu, żeby dołączyć do Drużyny, którą jak zawsze można było rozpoznać po pięknych białych koszulkach z napisem „Lubuskie”. Wspólnie odbyliśmy pokazową rozgrzewkę  zakończoną truchtaniem. Ustawiliśmy się na starcie i podczas oczekiwania na wystrzał strzeliliśmy sobie jeszcze rodzinną fotkę.

Przed biegiem

W końcu usłyszeliśmy sygnał startu i powoli ruszyliśmy – biegaczy zebrało się naprawdę sporo, z listy z wynikami wyczytałem, że było nas aż 461. Chciałbym w tym miejscu bardzo podziękować mojej rodzinie, która już od pierwszych metrów kibicowała zarówno mnie jak i pozostałym biegaczom. Niesamowicie przyjemnie biegnie się, gdy słyszy się doping kibiców, ale gdy kibicami jest rodzina, to się wręcz leci:) Przed samym startem było nieco pochmurno, ale jak tylko ruszyliśmy, chmury oczywiście uciekły i zaczął się upał. Upał nie był jednak tak uciążliwy jakby można się było tego spodziewać, bo co 2,5 km rozstawione były punkty z wodą, których ilość zawstydziłaby niejeden półmaraton i zapewne maraton też – ani razu nie zdażyło się, żeby ktoś odbiegł bez kubka pełnego ochłody. Na wielkie brawa zasługują także strażacy, którzy w jednym z najbardziej gorących punktów trasy wystawili sikawkę z wodą ku uciesze naszych rozgrzanych ciał. Trasa liczyła dwa kółka dookoła miasta i przebiegając dwa razy właśnie, przez strażacką wodną kurtynę, czułem się jakbym był na Woodstocku. Nie miałem jakiegoś szczególnego planu na szybkość tego biegu, ale że nogi same niosły, to ustawiłem wewnętrzny tempomat na oscylowanie w granicach 5:30 na kilometr. Gdy zaczynałem drugie kółko, najlepsi zawodnicy właśnie kończyli bieg a ja zamiast im zazdrościć, że są już po, cieszyłem się tym, że jeszcze 5km radochy przede mną. Jednak nie cały bieg to czysta przyjemność – gdzieś po 7 kilometrze moje buty zamieniły się w saunę (kolejny powód do wymiany ich na coś lżejszego) i zaczęły mi się odpażać duże paluchy:( Nie przeszkodziło mi to jednak w przekroczeniu mety z rękami wymachującymi w górze z radości i z wielkim bananem na buzi. Niestety gorące buty zamieniły mnie w egoistycznego dupka (tak sobie to tłumaczę, nie chcąc się przyznać, że nim jestem) i zaraz po zamedalowaniu uciekłem do cienia za żywopłotem, zciągnąlem buty i tam siedziałem, zapominając o podziękowaniu rodzinie za doping:( Gdy później dotarło do mnie co zrobiłem, było mi strasznie wstyd. I nadal jest.

Po biegu drużyna zebrała się w stołówce pobliskiego liceum, gdzie pożarliśmy grochówkę, kiełbaski no i tytułową szarlotkę. Ale to jaką szarlotkę! Były dwie wersje (mimo że z tego samego przepisu), które przygotowały Monia i Emilia. Jedyny problem z ciastem był taki, że reszta biesiadników go nie miała, ale tak go pragnęła, że zamienili się w zombie i ruszyli na nas szturmem chcąc szarlotkę wydrzeć nam przemocą. My zrobiliśmy ich w konia i otrzymał ją każdy, kto się do nas zgłosił i to bez przemocy:) Po wyżerce poszliśmy obejrzeć koronację wygranych. Gdy wychodziłem na bieg zapowiedziałem domownikom, że wygram samochód. Okazało się, że samochodu nie było wśród nagród, ale za to były bony na 20l paliwa i jeden z nich trafił do mnie, po wylosowani mojej kartki z poprawną odpowiedzią na magiczne pytanie „Ile kilometrów liczy trasa Pierwszej Wolsztyńskiej Dziesiątki”. A więc możemy uznać, że moją zapowiedź spełniłem:)

Po obejrzeniu w poniedziałek wyników drużynowych endomondziaków, okazało się, że większość pobiła swoje życiówki:) W tym ja uzyskując czas 54:43.

Strącanie pieczarek

W dawnych czasach ludzie pisali listy, potem maile, ale obydwie te aktywności łączyła zwykle trudność z napisaniem pierwszego zdania, szczególnie po długim okresie niepisania. A przynajmniej tak zawsze było u mnie. Teraz ludzie już nie piszą maili, ludzie piszą blogi. A przynajmniej tak jest teraz u mnie. Trudność z pierwszym zdaniem nadal obecna. Aaaa, już wiem o czym chciałem napisać, przypomniało mi się:) Chciałem przytoczyć krótką uwagę Moni, którą rzuciła podczas ogólnego filozofania nad grochówką, parówką i jabłecznikiem po Pierwszej Wolsztyńskiej Połówce w zeszłą niedzielę.

Mi to bardziej od biegania podobają się te nasze spotkania

Monia

Hasło piękne, ale ja przerobiłbym je na mini-motto, które świetnie pasuje do naszej Drużyny:

Biegamy po to, aby się spotykać

I proszę mi tu od razu nie wciskać, że mówiąc to mam na myśli, że jak tylko bieganie się skończy to paczka się rozpadnie. O co to, to nie! Mam na to dwa wytłumaczenia:

  • grupa utworzyła się po to, żeby przygotować się do przebiegnięcia półmaratonu w Przytoku. Półmaraton już dawno przebiegliśmy i wcale się nie rozeszliśmy na kanapy czy przed telewizory. Nie tylko się nie rozpadliśmy, ale potężnie się wzmocniliśmy. Biegaliśmy wtedy 3 razy w tygodniu, teraz biegamy 4. Jeździmy wspólnie na masę imprez biegowych i świetnie się na nich bawimy. Nie pamiętam już kiedy ostatnio był jakiś weekend, bez wypadu w którym uczestniczyłem, albo chociaż bez raportu o występach członków drużyny. Drużyna nie tylko biega, ale też wspólnie organizuje biegi: Parszywą Dwunastkę i Zielonogórski Półmaraton. Ha! W planach mamy nawet zorganizowanie Pierwszego Maratonu na Księżycu!
  •  drugiego wytłumaczenia nie będzie, bo i w sumie po co? Jak spojrzymy na pierwsze, to okazuje się, że nic nie trzeba dodawać.

Dawno już nic nie pisałem, więc przejdę do opisu zeszłotygodniowych treningów. W zeszłym tygodniu biegałem stosunkowo mało, bo ok 26km podczas 4 treningów. Pierwszy z nich, a raczej pierwsza z nich, bo w przypadku 4 km to bardziej przebieżka, niż trening, zaliczyłem w środę w niemieckim Sankt-Leon Rot. Dlaczego tylko 4 km? Bo cały czas mam problem z kurczami w prawym mięśniu piszczelowym, gdy biegam po długiej podróży samochodem. No i dodatkowo biegłem z kolegą z pracy, który po bardzo długiej przerwie wraca do biegania. Po wyjściu z hotelu, w którym zwykle nocujemy, wystarczy przetruchtać 200 metrów i już jesteśmy na świetnych ścieżkach pośród łąk, pól świeżo posadzonych podziemnych pomarańczy oraz czegoś co wygląda jak pastwisko, ale ma dołki, z których wystają jakieś dziwne chorągiewki i zamiast krów biegają po nim panowie w pantalonach śmieszniejszych od naszych, biegackich portek i strącają stalowymi kijami coś co z daleka wygląda jak pieczarki. To chyba nawet jakiś sport jest… Nawet jeśli, to mogliby wyrzucić te śmieszne kijki i pobiegać jak mężczyźni. Cóż można powiedzieć o treningach w tych okolicach? Powietrze jest strasznie duszne rano, gdy biegamy wśród łąk, i zawsze po powrocie jestem calutki mokry – bo przecież nie da się aż tak spocić po pół godziny truchtu. Trasa może i monotonna, ale swoje zadanie spełniła – udało mi się obudzić przed pracą i udało mi się pozbyć skurczu łydki. Następnego dnia scenariusz podobny: wstajemy o 7, wskakujemy w buty i chajda w trasę. Muszę się przyznać, że miałem wielką ochotę nie ubierać tego dnia butów i pobiegać na bosaka po trawniku przed hotelem. Dziwnie się ostatnimi czasy czuję w tych moich obudowanych, pomarańczowych żelazkach. Pora chyba schować je do szafy i przełączyć w tryb oczekiwania na zimę – wtedy sprawdzają się świetnie, teraz są już za gorące. Marzy mi się coś naturalnego, na płaskiej podeszwie i wygodnego jak buty do biegania wygodne być powinny. No ale ubrałem te buty i pobiegłem z Tomkiem 6 km po raz kolejny bardziej żeby się obudzić, niż żeby pobiegać. Teraz znowu jadę na delegację i w środę i czwartek będzie czekała mnie podobna pobudka. Mam nadzieję, że tym razem samochodzik, którym właśnie jadę, będzie łaskawy dla mych nóg i będę mógł zrobić co najmniej ósemkę:)

Do Polski wróciłem w czwartek późną nocą, a właściwie to w piątek wczesnym rankiem i od tej chwili tylko jedno miałem w głowie: Wolsztyńska Dziesiątka. W Wolsztynie pojawiłem się z moją lubą już w piątek wieczorem. Wolsztyn to dla mnie miasto szczególne – tutaj się urodziłem. Wprost nie mogłem doczekać się sobotniego porannego treningu nad jeziorem. Ale o tym opowiem jutro, za chwilę moja kolej prowadzenia samochodu i trzeba dać co nieco odpocząć oczom.

Szkoda, że tych siedmióset kilometrów nie da się pokonać biegiem w rozsądnym czasie!:P

Duzi biegacze

O ile czas na bieganie udaje mi się znaleźć, to z czasem na blogowanie jest dość ciężko. Od ostatniego wpisu sporo się wydarzyło, a ja dopiero teraz, siedząc 700 km od domu i walcząc z potężnym zewem ze strony prysznica i łóżka, znalazłem chwilę na pisanie.

W sobotę zgodnie z planem pojawiłem się za zielonogórskim MOSIRem, aby wziąć udział w biegu w ramach akcji Polska Biega. Po rozpoczęciu biegu zostałem wchłonięty w otchłań dzieciaków i musiałem sporo biec po krzakach, aby wyjść na czystą pozycję i pofrunąć z wiatrem. A raczej z promieniami upalnego Słońca, które dość mocno w sobotę grzało. Na mecie pojawiłem się dość szybko, co pozwoliło mi z radością obserwować finiszujących biegaczy. A był to widok wspaniały: co jakiś czas pojawiały się znajome twarze z Drużyny, ale znacznie częściej można było zauważyć bardzo niezwykły widok. Widokiem tym byli rodzice biegnący wraz z dziećmi, spośród których najmłodsze miały ok. 2 lat! To było niesamowite obserwować te małe brzdące, które trzymając swoich olbrzymich rodziców za rękę, dumnie prowadziły ich w biegu. Naturalność ich ruchów aż zapierała dech. I tu pojawia się pytanie: słyszeliście kiedyś o jakimś dziecku, które nabawiło się „kolana biegacza”, albo naciągnęło ścięgno achillesa? Słyszeliście kiedyś o dziecku, które skarży się na ból w okolicach piszczeli? A przecież małe dzieci biegają bardzo dużo, czy to w przedszkolu, czy na podwórku, a nawet w domu – co można porównać tyko do szaleństw mojego kota, który miewa momenty, że znajduje się w każdym miejscu domu w tej samej chwili. Małe dzieci mają zazwyczaj na nogach zwykłe trampki, nie zastanawialiście się dlaczego my, duzi biegacze, noszący na nogach zaawansowane Adidasy czy inne Asicsy, statystycznie mamy 70% szans na załapanie jakiejś kontuzji podczas sezonu? Obserwowaliście kiedyś dzieci podczas biegu? Zauważyliście jak płynnie się one poruszają? Widzieliście ile radości sprawia im bieganie? Słyszeliście kiedyś dziecko, które narzeka na zmęczenie i ból łydek po godzinie ganiania? Ja nie słyszałem. Dlaczego dzieci biegają z naturalną lekkością, a nas bolą kolana? Mam parę teorii:

  • dzieci nie są „uczone” techniki biegania. Dzieci biegają instynktownie, nikt nie wypaczył ich sposobu biegania cudownymi naukami. Nikt dziecku nie mówi, że jedynym słusznym sposobem biegania jest wyprostowanie się jak struna i wyciąganie nóg do przodu żeby przyspieszyć. Żadne dziecko nigdy nie usłyszało: „bez bólu nie  ma efektów”. Dzieci biegają bo mają na to ochotę, biegają nie zastanawiając się czy ich stopa jest pronująca czy też lądują na pięcie i czy przypadkiem ich buty nie powinny tego lepiej amortyzować. Instynkt, natura, czystość.
  • dzieci biegają dopóki mają na to ochotę. Dziecko rozpoczynając bieganie nie ma planu przebiegnięcia 10 km tempem o 20 uderzeń serca niższym niż maksymalne. Dziecko czując, że już wystarczy, po prostu przestaje biegać, nie próbując pokonać kolejnej granicy własnej wytrzymałości.

Zastanawialiście się dlaczego w naszym bieganiu nie ma już tej radości jaką mają dzieci? Co się stało z naturalnością? Gdzie podziało się wyczucie naszego ciała? Zamieniliśmy je na buty z pierdylionem systemów wspomagających. Zamieniliśmy je na długie na 10 stron plany treningowe z dziwnymi oznaczeniami. Zamieniliśmy je na przekonanie o tym, że bez bólu nie ma efektów. Zastanawialiście się dlaczego wmawia się nam, że jeśli podczas biegu lądujemy na pięcie, to powinniśmy posiadać buty z jak najlepszym systemem amortyzującym? Czy jesteśmy aż tak leniwi, żeby nie móc zrozumieć, że gdy lądujemy na pięcie, to powinniśmy nauczyć się nie lądować na pięcie, a nie pędzić do sklepu po buty z systemem MegaAirBounceUltraSoft+? Dlaczego staliśmy się aż tak zadufani w sobie, że nie potrafimy już słuchać sygnałów własnego ciała? Dlaczego jest tyle dlaczego?

No! W końcu udało mi się wyrzucić z siebie nieco mojego biegackiego gniewu. Wyrzucałem go na tyle, że już nie zostało mi siły do opisania niedzielnego treningu😦 A więc niech zapis z kolejnego cudu techniki, który jest każdemu biegaczowi absolutnie niezbędny, opowie za mnie:

Pora na spanie. O 7 mała przebieżka, tuż przed tym jak znowu utknę w klatce korporacyjnego molocha…

Szyszki na podłodze

Koty nie wychodzą na spacer po to by gdzieś dojść, ale by odkrywać.

Sidney Denham

Tak sobie myślę, że wszyscy z Drużyny Przytok, gdy wychodzą pobiegać, zachowują się jak koty. Najlepszym tego przykładem może być wczorajszy trening na Wzgórzach. Spotkaliśmy się jak zwykle w czwartek o 18:30 pod Amfiteatrem, każdy rwał się do biegu, ale jakoś nie mogliśmy wyruszyć. Nasze wewnętrzne koty przez 15 minut spierały się ze sobą, a to którędy chcemy dzisiaj pobiec, a to ile kilometrów zrobić, nie mogąc dojść do ładu. W końcu uznaliśmy, że po prostu zrobimy kółko 5km i po nim zdecydujemy, czy chcemy więcej i ewentualnie którędy pobiegniemy. Wyruszyliśmy z mocnym postanowieniem, że pobiegniemy trasą podobną do tej z wtorku, ale oczywiście las miał własne zdanie – już na pierwszym zakręcie skręciliśmy nie tam gdzie chcieliśmy. Jak się spodziewacie takie niespodziewane skręcanie zostało nam już do końca treningu.

Leżą szyszki na podłodze. Gdzie ja chodzę? Gdzie ja chodzę?

Taki oto krótki wierszyk przypomniał mi się w okolicach drugiego kilometra. Nagle wszędzie zrobiło się pełno szyszek a ja nie mogłem sobie przypomnieć, żeby we wtorek, albo wcześniej, na ziemi leżało tyle szyszek. Dla tych co nie pamiętają, jak wygląda szyszka na leśnej drodze, wygooglałem ten oto link: ten oto link. A więc biegniemy po tych szyszkach, a nasze buty przy każdym kroku wydają z siebie odgłosy chrupania popcornu. Te szyszki to kolejny podstęp Wzgórz, ciekawe co tym razem sobie myślały podsyłając nam tak potężnego przeciwnika? Pewnie nigdy się nie dowiemy.

Oprócz szyszek i co niespodziewane jak na Wzgórza Piastowskie, długich podbiegów, na tym treningu spotkaliśmy całą masę „obcych” biegaczy. Przez obcych rozumiem albo nie z Drużyny, albo z Drużyny, ale akurat nie biegających z nami. Dlaczego to jest takie zaskakujące? Jeszcze parę lat temu, gdy biegałem w okolicach Wilkanowa i Wieży Bismarcka spotkanie jakiegoś biegacza na trasie graniczyło z cudem. A jak się już spotkało, to było to na tyle niezwykłe, że człowiek zastanawiał się czy to przypadkiem nie jakiś uciekinier z Alcatraz i mimowolnie przyspieszał. Teraz biegacze wyłaniają się zewsząd, nie jest to niezwykłe i zamiast przyspieszania uśmiechamy się szeroko i już z daleka krzyczymy „dzień dobry!”.

Powróćmy do samego treningu:) Z planowanego kółka oczywiście nic nie wyszło. Po trzecim kilometrze zamiast pobiec na parking, skręciliśmy w lewo i ot tak postanowiliśmy pobiec do Wilkanowa. Mój kot odkrywca z radością na to przystał, zwłaszcza że tą trasą jeszcze nie biegłem. Ku uciesze Wzgórz oczywiście.

Wykres wysokości 17.05.2012

Wystarczy spojrzeć na powyższy wykres wysokości, alby zauważyć Pułapkę tego treningu: ciągły podbieg ze stumetrowym przewyższeniem. Z zapisu trasy na Endomondo wynika, że podbieg ten miał ok. 5km. Myślicie, że taka góreczka nas przestraszyła? A skąd:) Owszem, zasapaliśmy się, nieco zwolniliśmy, ale nie zatrzymaliśmy się. A nie, trochę skłamałem:) Chłopaki w okolicach Wilkanowa przyspieszyli (ale oni to podobno spod samiuśkich Tater pochodzą), a tylko Anna Maria i ja zwolniliśmy. Ale tylko trochę, bo w ostateczności okazało się, że pobiłem swój rekord na 10km z 1 godziny i 8 minut na 1 godzinę i 2 minuty. Poprzedni rekord zrobiłem w lesie za MOSIRem, gdzie jest zupełnie płasko, a jak widać z wykresu wysokości, wczoraj płasko nie było:P Bieganie po Wzgórzach hartuje ducha i nogi, a ja zastanawiam się ile wyciągnąłbym teraz na płaskim:) Następna okazja do sprawdzenia tego, to Wolsztyńska Dziesiątka, która odbędzie się już za tydzień, 27.05. Chciałbym podziękować Annie Marii za tą wspólną końcówkę. Gdy biega się w Drużynie, to czasem w ogóle nie myśli się o trudności podbiegów i zmęczeniu, po prostu frunie się 10 cm ponad chodnikami. Bycie biegającym kocim odkrywcą, to ciągłe odkrywanie siebie, swoich możliwości i przekraczanie horyzontów, których istnienia się nie spodziewaliśmy, a które stają się oczywiste, gdy są już za nami. I tym razem właśnie tak było.

Na zakończenie pokażę Wam minę mojego kota, jaką wykonał, gdy powiedziałem mu, że przebiegłem wczoraj ponad 11km. Oto mina:

Maniek Maciek Warp von Grubber II says: „o lol”

Do zobaczenia na trasie!

Mogę powiedzieć, że bieganie przebojem wdarło się w moje życie. Im człowiek robi się większy i bardziej odpowiedzialny, tym zaczyna mieć mniej czasu na przyjemności. A bieganie zdecydowanie zalicza się do przyjemności. W dzień praca, wieczorem też praca, ale przy projektach własnych. No i jeszcze chciałoby się rozwijać swoje hobby, spotkać się ze znajomymi, zagrać w Quake… Jak tu znaleźć czas na dodatkową aktywność jaką jest bieganie? W gruncie rzeczy wcale nie jest to takie trudne, wystarczy tylko zmienić definicję: z „dodatkowa aktywność” na „aktywność wymagana”, jak sen, czy jedzenie. Gdy zdamy sobie sprawę, jaki wpływ bieganie ma na nasze codzienne aktywności, to staje się to dość oczywiste. Przyjrzyjmy się dolnej, największej części piramidy potrzeb wg Maslowa, czyli potrzebom fizjologicznym.

  • jedzenie, picie – dzięki bieganiu poprawia się nasza sprawność, wydolność, lepiej trawimy i przyswajamy wartości odżywcze,
  • tlen – podczas biegania cudownie dotleniamy nasz organizm i poprawiamy krążenie,
  • brak napięcia – bieganie jest tak fajne, że po treningu spływa z nas cały stres, wspaniale się rozluźniamy. Szczególnie podczas biegania w grupie,
  • sen – wystarczy spojrzeć na powyższe punkty i już wychodzi, że mamy lepsze warunki do wysypiania się. Odpoczynek po bieganiu ma niesamowitą jakość. Jakość tą można porównać tylko do dużego, złotego eliksiru z bardzo popularnej gry, której trzecia część jest teraz na językach i powoduje, że w tym roku wyjątkowo mało studentów zaliczy sesję,
  • potrzeby seksualne – tutaj nie trzeba podawać żadnych dodatkowych plusów dodatnich, if you know what I mean.

Jak można zauważyć, z powyższej analizy wynika, że bieganie pozytywnie wpływa na każdą naszą potrzebę fizjologiczną. I sądzę, że nie będzie dużym nadużyciem, jeśli napiszę, że wpływając pozytywnie na potrzeby fizjologiczne, tym samym zwiększa jakość wszystkich innych potrzeb z wyższych warstw piramidy. Dlaczego więc po prostu nie włączyć go do potrzeb fizjologicznych właśnie? Brzmię troszkę jak biegowy faszysta, mówiąc o pozytywnym wpływie tylko biegania. Bieganie to przecież sport i jestem przekonany, że każdy sport (no może z wyłączeniem pokera sportowego), ma taki zbawienny wpływ na nasze codzienne aktywności. Jak więc znaleźć czas na sport? Powiem tak: gdy już zaczniesz, to twoje życie zmieni się tak pozytywnie, że wszystkie wykonywane przez Ciebie czynności będziesz robił z większą szybkością, z większym skupieniem i z większą radością. Czas, który w ten sposób zaoszczędzisz, to czas na bieganie.

Ostatnim razem było o przygodach w lesie i mało o treningu, tym razem napisałem już dwa ekrany i nie dość, że nie ma nic o treningu, to nawet o przygodach nie wspomniałem. Pora to zmienić:) Wczoraj o godzinie 18:30 pod Amfiteatrem zebrała się całkiem spora grupa biegaczy i tym razem podzieliliśmy się na dwie grupy: ultrasów, którzy znowu robią 20+ km i zwyklaków, którzy w planie mieli 6km i 8 razy po 100 metrów podbiegów z podskokami. Na parkingu, gdy czekaliśmy, aż wszyscy się zbiorą, było całkiem chłodno. Jak tylko zaczęliśmy bieg, od razu zrobiło się strasznie gorąco. Czułem się tak, jakbym opalał się w prawdziwym, letnim Słońcu. Jak można zobaczyć w raporcie z Endomondo,

Wykres prędkości

zaczęliśmy dość szybko. No ale nie ma w tym nic dziwnego – cały czas było z górki. Gdy na 3 kilometrze minęliśmy Dziką Ochlę, górki niespodziewanie odwróciły swój zwrot i zaczęliśmy się wspinać. Zrobiło się ciężej, a tempo zaczęło spadać. Lubię tę różnorodność Wzgórz Piastowskich, to że co kilkadziesiąt/kilkaset metrów trasa się zmienia i trzeba dostosować swoją technikę. Inne mięśnie wykorzystuję z wzmożoną mocą, gdy wbiegam pod górkę, inne gdy z niej zbiegam, a jeszcze inne na płaskim. Uważam, że nie ma sensu przeciążać łydek na ostrych podbiegach, gdy można przez chwilę podbiec bokiem, tym bardziej, że wcale nie traci się na tym na prędkości. No ale wczoraj ciągłe górki na odcinku 3 km dały mi w kość i na 6 kilometrze musiałem już nieco pomarszować. Niektórzy uważają, że jak się marszuje od czasu do czasu, to nie można całości zaliczyć do biegania. Uważam, że bieganie polega na pokonywaniu trasy z prędkością, jaka w danej chwili najlepiej pasuje naszemu ciału. Po co ryzykować kontuzją wynikłą z przeciążenia, gdy można chwilę odpocząć w marszu i przyspieszyć po chwili? Bieganie ma być przyjemnością, robimy to dla siebie a nie dla złamania 2h 04min w maratonie. Gdy zakończyłem bieg, poszedłem na miejsce, gdzie reszta robiła skoczne podbiegi i tam pożądnie się rozciągnąłem przy okazji dając się pożerać komarom (tym razem prawdziwym, a nie tym od Pułapek Wzgórz).

Po powrocie na parking przed Amfiteatrem grupa zaczęła rozmawiać o postępach w organizacji półmaratonu, który odbędzie się 22 września w Zielonej Górze. Szykuje się bardzo dobrze zorganizowana impreza z niespotykanymi atrakcjami odbywającymi się dookoła biegu:) Więcej informacji będziecie mogli znaleźć już niedługo, na stronie którą przygotowuje Gosia z RunPlanet.

Korzystając z okazji chciałbym także zaprosić wszystkich na sobotę na godzinę 11 w okolice zielonogórskiego MOSIRu – odbędzie się tam kolejna edycja świetnej imprezy Cała Polska Biega. TUTAJ możecie znaleźć więcej informacji jej dotyczących. Jeśli nie jesteście z Zielonej Góry, lub akurat w sobotę będziecie w innym mieście, to spróbujcie znaleźć jakiś bieg w Waszej okolicy – dzięki tej stronie zrobicie to z łatwością. Biegów jest bardzo dużo i są praktycznie wszędzie:) Zapraszam serdecznie!

Pułapka Wzgórz

Plan był prosty: 10km spokojnego wybiegania. Przez ostatnie dwa tygodnie nie biegałem więcej niż 7,5km na raz, więc postanowiłem nie przesadzać. Chwilę przed 9 pojawiłem się przy amfiteatrze, byłem trzeci, biegacze dopiero się zjeżdżali. Utworzyły się trzy grupy: „normalni”, którzy przygotowują się do półmaratonu w Grodzisku, dziewczyny, które mają zaplanowaną swoją trasę, oraz przygotowujący się do Biegu Rzeźnika. Ta trzecia grupa oficjalnie jest nazywana „ultra-maratończycy”, ale tak naprawdę mówi się na nich „szaleńcy”, albo „ultra-hardcore’owcy”:P Jak nietrudno się domyślić dołączyłem się do grupy normalnych, bo na ultra-maratończyka jest jeszcze za wcześnie, ani przecież nie jestem dziewczyną (co nie znaczy, że nie lubię biegać w towarzystwie kobiet). Normalni biegają wg rozpiski specjalnie przygotowanej na zeszłoroczny Przytok Półmaraton. Rozpiska ta okazała się na tyle uniwersalna, że trenowaliśmy z nią do tegorocznego Przytoku no i teraz jej druga połowa wykorzystywana jest do Grodziska. Z rozpiski wynika 16 km spokojnego biegu, od razu zapowiadam Drużynie, że po 5km się odłączę i zawrócę.

Wzgórza Piastowskie mają niepowtarzalny urok. Nawet gdy już dłuższy czas po nich biegasz, one i tak Cię zaskoczą. Nawet gdy jesteś pewny, że znasz je jak własną kieszeń, nawet gdy jesteś pewny, że 100 razy przebiegłeś każdą ścieżkę, zawsze znajdzie się jakiś zakręt rozpoczynający dróżkę, która „będzie miłym urozmaiceniem” i „na pewno za chwilę wróci na główny szlak”. Zawsze, gdy dasz się złapać w matnię takiej pułapki i skręcisz pędzony niespodziewanym impulsem, „to wiedz, że coś się dzieje”. Równie dobrze możesz już wyciągać telefon z kieszeni, dzwonić do domu i oznajmić: „Kochanie, nie czekaj na mnie z obiadem, spóźnię się trochę”. Legendarna jest opowieść członków zeszłorocznej Drużyny Gazety, którzy w pewną piękną sobotę wybrali się na godzinną przebieżkę. Dość powiedzieć, że na parking przed amfiteatrem wrócili po 2 i pół godzinie. Jak było tym razem? Dojdziemy i do tego.

Albo nie, zróbmy zabawę w odgadnięcie z poniższego obrazka, czy udało mi się przebiec 10km i co z tymi Pułapkami Wzgórz.

Spacer 13.05.2012

Trasa treningu z 13.05.2012

Wystarczy szybki rzut okiem i nawet jeśli rzucający nigdy nie był na Wzgórzach, to domyśli się, że nie jest to normalna trasa. Jeśli przyjrzeć się bliżej, to widać nawet, że nie jest to 10 km. Endomondo mówi, że przebiegłem 14,65 km. Moje nogi potwierdzają, że może być to prawdą. A więc, tak, po drodze dałem się złapać w Pułapkę Wzgórz i przeżyłem Przygodę (widzicie duże „P”?). Kto mówi, że pokonywanie kolejnych kilometrów jest nudne?

Ale po kolei. Jak widzicie na obrazku oznaczyłem pewne punkty literami. Pierwszy interesujący nas punkt, to litera „A”, która to wzięła się od wspólnego początku słów „start” i „meta”, czyli od Amfiteatru. Amfiteatr jest fajny, można zobaczyć obok niego pomnik Babeczek, który tak naprawdę jest hołdem złożonym dla Ufian(wystarczy spojrzeć na te dziwne proporcje i sposób wyrastania dłoni z tułowia), których do Zielonej Góry przywiózł Gagarin. Można też w okolicach spotkać trenujących Tai Chi, kijki (i nie chodzi mi tu o dzieci z drewnianymi mieczami bawiące się w rycerzy), jazdę na rowerze, zwykłych spacerowiczów no i biegaczy. Amfiteatr zdecydowanie jest fajny. A więc startujemy z dzisiejszym treningiem.

Do punktu „O”, czyli w okolicach 4 km wszystko przebiega spokojnie, nikt jeszcze nie spodziewa się, że dzisiaj przeżyje Przygodę. Biegnę z trójką biegaczy, rozmawiamy o polityce, piłce, butach, maratonach i uprzedzeniach Polaków do Niemców – ot dzień jak co dzień. W punkcie „O” chłopaki pobiegli w lewo, aby zrobić zaplanowane 16 km, a ja skręciłem w prawo z zamiarem powrotu do domu i zrobienia po drodze 6 km – a więc punkt ten oznacza „Odłączenie”. Nadal nie spodziewałem się Pułapki.

W punkcie „Cz”, oznaczającym czarny szlak uznałem, że jeśli pobiegnę dalej tą trasą, to najprawdopodobniej się zgubię. A więc postanowiłem skręcić w czarny szlak i wrócić do ścieżki, którą przybiegliśmy do „O”. Udało mi się to zrobić w punkcie „J”, który oznacza „już nie jestem zgubiony”. Myślę sobie: teraz tylko powrót w okolice amfiteatru, po drodze małe kółeczko żeby dobić do 10km i do domu, nic niespodziewanego nie może się zdarzyć. Guzik!

Nadciągnął punkt „P”. Dobrze się domyślacie, „P” oznacza Pułapkę. Taka ładna ścieżynka, taka milusia, spróbujmy sprawdzić, czy dalej też taka słodka będzie. No więc zagłębiam się w Pułapkę. Oczywiście trochę domyślałem się, że jest to Pułapka, ale Wzgórza są jak dobrze wytrenowany komar – podczas biegania pompują do organizmu biegacza tyle endorfin, że biegacz nawet nie wie, że właśnie jest zjadany. Wzgórza lubią wampirować na biegaczach, oj lubią. Słychać to w radosnym śpiewie ptaków i w szumie wiatru w koronach drzew.

Gdy dotarłem do „Z” miałem szansę uciec z matni, ale las nadal nie wyciągnął ze mnie swego komarzego żądła. „Z” oznacza zły wybór. Punkt ten jest bardzo charakterystyczny, ścieżka zamienia się tu w wysypany kamieniami dukt z betonowymi kołyskami odprowadzaczy deszczówki z jednego boku. Każdy biegacz, który od czasu do czasu odwiedza Wzgórza Piastowskie wie, że to może oznaczać tylko jedno: podbieg na Wieżę Bismarcka od strony Wilkanowa. I ja też to wiem. Ale tym razem założyłem, że pewnie właśnie mijam Wilkanowo z drugiej strony i pobiegłem w dół zamiast do góry.

Tym sposobem nastukałem 10 km w zupełnie niezałożonym momencie, czyli wbiegając do Wilkanowa (punkt „W”). Mieszkałem przez chwilę w Wilkanowie za czasów studenckich i nawet co nieco tam biegałem, więc wiedziałem, że do amfiteatru mam ok. 4 km. Pułapka Wzgórz dzisiaj potężnie zagrała mi na nosie. Ciekawe ile tak naprawdę zrobiła reszta, zamiast planowanych 16 km?:)

Teraz już bez większych przeszkód (cały czas uważając na nowe Pułapki) dotarłem do Wieży Bismarcka, czyli punktu „B”. Po drodze oczywiście przeciąłem punkt „Z”, czyli wcześniejszy zły wybór. Z Wieży mogę dobiec do domu z zamkniętymi oczami, tyle razy tam biegałem, więc to właśnie uczyniłem. W domu pełne rozciąganie i właściwie już jestem gotowy na kolejny trening:)

Miało być o trenowaniu do maratonu, a ja tu jakieś Leśne Przygody opisuję. Ok, naprędce wymyślę co dziś trenowałem:

  • oczywiście podbiegi (sposób boczny, jak wchodzenie na nartach pod górkę – nie przemęcza łydek, bo używa się zupełnie innych partii mięśni),
  • oczywiście postawę (wyprostowana, ale całe ciało pochylone do przodu, tak żeby grawitacja nadawała prędkość, a nie nogi),
  • oczywiście biegi na orientację (wiadomo).

O Wzgórzach każdy zielonogórski biegacz może opowiadać godzinami. Z długości tego posta wynika, że ja wcale się nie różnię. We wtorek kolejny spacerek z Drużyną na Wzgórzach Piastowskich. Możecie spodziewać się kolejnych ciekawostek dotyczących trasy i opowieści o magicznej sile, która drzemie w tym lesie.

Na zakończenie jeszcze jedno małe pytanie/obserwacja. Do odchudzających się z zastosowaniem drakońskich diet pań: na dzisiejszym treningu spaliłem 1165 kcal, czyli praktycznie tyle ile zjada się na popularnej diecie „1200 kcal dziennie”. Pytanie jest takie: po co odmawiać sobie przyjemności jedzenia, skoro bieganie powoduje, że wcale się nie przejadamy? Rzućcie dietę, chodźcie biegać!

Pora na obiad, na tonę makaronu i kurczaka. A po obiedzie domowej roboty lody. A co! Jestem biegaczem, mogę sobie pozwolić:)

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: